60. życie z PCOS 2011-03-27 10:13:49

i Hashimoto.
Zdałam sobie sprawę, że w sumie oprócz mojej mamy i B nikt nie został poczęstowany prawdą o tym, co się dzieje ze mną i w mojej głowie. Większość ludzi jeśli już usłyszała, to na zasadzie "o, wiesz stwierdzili mi takie głupie coś, nikt nie wie co to ale no mam :]" albo
"- O, a co łykasz?
- A na insulinę.
- Jesteś cukrzykiem??
- Nie, ale mam podwyzszoną insulinę."

Więc tutaj jest prawda w czystej, skondensowanej postaci: boję się. Jestem przerażona, skręca mnie w brzuchu z żalu i goryczy. Wpadam w fazy przygnębienia, chce mi się wymiotować z rozpaczy.

Czy wierzysz w fatum?

Rok temu odstawiłam hormony które obwiniałam o przytycie 30kg. Po trzech miesiącach musiałam pzyznać, że to chyba jednak nie one zawiniły i chciałam do nich wrócić. No i zaczął się nieskończony ciąg badań, wyszlo obniżone (!!) TSH, liczne pęcherzyki na jajnikach, podwyższony cholesterol, trójglicerydy,  insulina na czczo i niewiarygodnie po jedzeniu. Do tego wzmożone owłosienie i wypadanie moich (pięknych..) włosów garściami.
I z tego wszystkiego tylko endo zajął się TSH, które w miedzyczasie skoczyło w niedoczynność, stwierdzając Hashimoto (po USG tarczycy) i internistka która przepisała coś na te trójglicerydy i już są ok.
Dopiero fakt, że okres dostałam 3 razy w ciągu 9 miesięcy od odstawienia zwrócił uwagę mojego gina i kazał mi natychmiast znaleźć endo-gina, na którego czas znalazłam 3 miesiące później.
I oczywiście z miejsca otrzymałam diagnozę. I glucophage. I zalecenie: SCHUDNĄĆ.

Czy wierzysz w fatum?

Od początku życia seksualnego wpadam w stany lękowe spowodowane urojonymi ciążami. Tak, nawet dość niewinny petting przyprawiał mnie o palpitację i hurtowe robienie testów ciążowych.
Jakoś posiadanie dziecka nigdy do tej pory mnie nie interesowało, po prostu się go bałam.
A teraz na zasadzie odwróconej psychologii, gdy diagnoza mówi, że jest całkiem niezła szansa, że nigdy go nie będę miała
[PCOS to główna przyczyna niepłodoności wśród kobiet]
to jestem tym przerażona.
Zupełnie jakby Ktoś usłyszał moje myśli i zobaczył moje czyny - "A ty taka i owaka dzieciaka nie chcesz teraz? Dobrze, to już nigdy nie będziesz go miała!"

Czy wierzysz w fatum?

Przyznam się szczerze: po śmierci taty odetchnęłam, bo byłam przekonana, że nic gorszego niż jego wieloletnia choroba i śmierć mnie już nie spotka i mogę odetchnąć.
Dwa lata później miałam przykrą pobudkę - bliskie spotkanie trzeciego stopnia ze starością, wraz z kolejnymi falami rozpaczy i żalu.
Gdy nauczyłam się z tym jakoś żyć znowu dostałam po głowie - PCOS i Hashimoto. Które sprawiają, że wyglądam jak wyglądam, wstydzę się wychodzić z domu i do końca życia jestem przywiązana do leków. Aha, i możliwe, że nie będę nigdy miała dziecka.

Nie znoszę łykać leków.

59. 2011-03-15 21:48:34

Chociaż codzienność została oswojona, zagrożenie zaczęło płynąć z innej strony.
Z wewnątrz.
6 lat temu bardzo fajnie schudłam, zaczęłam się podobać sama sobie, polubiłam spódnice, chciałam być pożądana.
Teraz, +30kg, stres powoduje u mnie samo wyjście do sklepu i perspektywa "ojej, muszę się ubrać".
Czuję się zamknięta w skorupie, i tylko czasem udaje mi się wyjrzeć na zewnątrz. Na ogół świat oglądam przez dużą warstwę tłuszczu.
Ten stan rzeczy mi nie leży.
Naprawdę.
Z tym, że nie mam pojęcia co mogę z tym zrobić, z której strony się zabrać.
Pół roku temu zdiagnozowano u mnie Hashimoto, teraz doszło jeszcze PCOS. To wszystko polane otyłością i nadmniernym wypadaniem włosów z głowy + wzmożonym owłosieniem na innych częściach ciała.
Czuję się załamana, nieatrakcyjna.
(Nadzieja którą żyłam ostatnie 2 lata została pogrzebana pod codziennością, rozczarowaniem i nutą goryczy.)
Nie zdolna do głębszego komunikowania się z bliskimi.
Zaklęty krąg, który powoduje, że czuję się nieszczęśliwa więc jem, a jedząc tyję przez co czuę się nieszczęśliwa. Więc jem dalej..
Dobrze, koniec użalania się.
Pierwsza rzecz - znaleźć dobrego gin-endo który będzie w stanie mnie kopnąć w tyłek.
I nie będzie się zasłaniał tym, żę to nie jego specjalizacja (jak mój endo), tym, że on się tym nie zajmuje (jak mój gin) i będzie miał dla mnie czas wcześniej niż za 3 miesiące (jak polecona mi endo-gin).
Ach, marzenia.

58. 2011-03-09 16:23:25

Zaraz miną 3 lata jak tutaj ostatni raz zajrzałam. Nadal mam w głowie burdel, niepozamykane sprawy, nie wiem dokąd zmierzam ani czy słusznie wybieram każdego dnia. Nadal moją siłą napędową są wylewające się ze mnie emocje. Tyle dobrego, że ta paskudna codzienność została obłaskawiona. Czuję, że w tym celu złożyłam na ołtarzu swoje marzenia i to kim byłam i kim-chciałam-się-stać. Ale póki się kręci i nie gubi po drodze małych metalowych częśći to jest dobrze. I wierzę, że będzie lepiej.

57. 2008-05-14 23:47:08

taka nie bardzo jestem. zapłakana jakaś.
może, może pomoże..

56. 2008-05-03 12:07:34

wcale się nic nie krystalizuje.
babcia ściągnięta do nas, rwę włosy z głowy. JA takiej starości nie chcę (no to chyba czas zarzucić cholesterol..)
studia z lekka zarzucone - raczej zaczynam od nowa. może za drugim razem się uda?
siedzę w domu i się obijam. niemal wszystkie moje postacie w simsach mają już platynę na stałe (oj.), a tylu książek pod rząd to chyba dawno nie przeczytałam
słoneczna majówka, a ja w domu z opuszczonymi żaluzjami, żeby lepiej było widać tv i po raz 50 000-czny odcinki kinowej wersji deszczy niespokojnych, co to potargały sad, a oni na tej wojnie ładnych parę lat ale do domu wrócą i nakarmią psa. tudzież akcje hansa klossa.
i - oszyoszyoszywiście - akuratnie gdy ja mam trochę wolnego, to wena twórcza też (ach, jak ona lubi wpadać gdy mam następnego dnia ważne zaliczenie..) tak więc mam zastój twórczy i w kółko produkuję spineczki z różowymi/niebieskimi kokardkami.

prawda, że się rozwijam?

55. 2008-03-18 00:36:38

zjadam sobie palce, szukam mieszkania do 30 metrów. pewnie w głębi wiem jak to się skończy, proszę wspieraj mnie. nie chcę być stara, albo chociaż nie w taki sposób jaki się babcia nr2 starzeje.
wena twórcza mnie rozpiera, muszę być dzielna, znowu się czymś zajmę i porzucę, czego tak nie lubisz (czyżbyś mimo wszystko wpływał nam nie destrukcyjnie?)
waga leci w górę. tabletki? stres? a kogo do diabła obchodzą przyczyny, liczy się efekt. a efekt jest taki, że mam ochotę już nigdy nie wychodzić spod kołdry, byleby tylko ludzie na mnie nie patrzyli. żeby sobie nie poprawiali humoru oglądaniem mojej osoby.
kompletnie nie-świąteczna, walczę z przeziębieniem.

54. pytanie o sens 2008-02-02 17:06:18

Jak w temacie. Jaki to ma sens?
Tak naprawdę, w głębi duszy wiem, że powinnam zapakować te wszystkie koraliki spinki i żyłki do głębokiej torby i upchnąć to jeszcze głębiej gdzieś na dnie swojej szafy (pomiędzy zniszonymi torebkami a klapkami na basen) i zająć się czymś pożytecznym co mogłoby procentować na przyszłość - np. rachunkiem różniczkowym i całkowym, z którego to zaliczenie ćwiczeń mam w poniedziałek o 7:30.

Znowu czuję się, "jakby mnie ktoś przeżuł i wypluł" (wersja ocenzurowana). Nastrój wisielczy. Niezdolna, banalna, brzydka, gruba, etc. i nie, niestety nie pomoże mi mleko i biszkopty.
Chociaż kto wie? Może ciasteczko czekoladowe "polskie" dadzą radę?

(Ach, moje małe brzydactwa...)


muffin - ma problemy z interpunkcją i nadwrażliwością. jest nieposkładana a burdel w jej głowie jak w damskiej torebce.

Księga Gości